poniedziałek, 14 stycznia 2013

Zimowa nostalgia... czyli przeminęło z latem.

Za oknami istna kostnica i ziąb, a w naszej rodzimej, krakowskiej komunikacji miejskiej kolejne niezapomniane atrakcje w postaci śpiących gdzieniegdzie woniejących panów bezdomnych.
 Wszyscy wzdychamy za pięknymi, ciepłymi miesiącami.., ale ku przestrodze pragnę przypomnieć, że i wtedy nie bywa w naszych tramwajach zbyt aromatycznie.
Zatopmy się zatem w pokrzepiającej lekturze, dzięki której z pewnością zatracimy się w nieopanowanym pragnieniu nadejścia typowego krakowskiego lata.


Zapach nocy letniej, czyli cała prawda komunikacji miejskiej.


Na pewno każdy z nas miał wątpliwą przyjemność uczestniczenia w przejażdżkach miejskimi tramwajami czy autobusami.
Wątpliwą, bo jakkolwiek miasto nie dbało by o naszą wygodę podczas jazdy, co rusz ulepszając standard jazdy : a to wymieniane siedzenia, a to nowe poręcze, kuszące reklamy zerkające na nas ze ścian, onieśmielające swoją nowoczesnością automaty biletowe,  to jednak żadna klimatyzacja tego świata nie jest w stanie sprawić, że taka tramwajowa czy autobusowa wycieczka będzie dla nas relaksującą odskoczną od przygnębiającej rzeczywistości.
Tymczasem transport publiczny, to urocza zbieranina wszelakich przypadków ludzkich i nieludzkich, ocenianych na co dzień jako „dziwnych”, tworząca jedyny w swoim rodzaju galimatias pod względem, płci, wieku i stopnia wydzielania nieprzyjemnych zapachów…
A tych w komunikacji miejskiej niestety nie brakuje…
Począwszy od najmniej szkodliwych przypadków, bo nieświadomych swojej urażającej współpasażerów woni, czyli dzieci w okresie pieluszkowym, aż po urągające wszelkim normom społecznym absolutnie odrażające okazy, jakimi są  niestety, wszechobecni w tramwajach bezdomni.
Sama byłam świadkiem wydarzenia, które mogłabym, bez zbytniej egzaltacji, określić zjawiskiem komory gazowo-tramwajowej XXI wieku.
Piękny majowy wieczór, wraz ze znajomymi wracaliśmy właśnie ze spektaklu teatralnego w „Grotesce”, zupełnie rozleniwieni i przesiąknięci magicznym klimatem świeżo obejrzanych scen.. kiedy nagle nastąpiło brutalne dla naszych nosów i żołądków zderzenie z wielo-zapachową rzeczywistością w krakowskiej 13.
Beztroscy panowie w stanie absolutnej nieważkości, postanowili wprowadzić pewne nowatorskie zmiany podczas nudnego i przewidywalnego kursu „trzynastki”…
Rozumiem, że całe zajście miało w sobie sporo z lunatykowania, bowiem o nietrzeźwych jegomościach można by było sporo powiedzieć, ale z pewnością nie to, że byli oni przytomni, mimo to zdrowy ludzki rozsądek oraz niepohamowana chęć oddychania pełną piersią, nawet w tak niepewnych przybytkach jakimi są tramwaje, zakazuje mi usprawiedliwienia wyżej wymienionych dżentelmenów.  Ad rem- śpiący królewicze (a ściślej -jeden z nich), z pewnością pod wpływem jakiegoś pięknego snu o ekskluzywnych ubikacjach wypełnionych niekończącym się papierem toaletowym i złotymi sedesami, postanowili wprowadzić marzenie senne w czyn.
Dodawać chyba nie musze, że w wypełnionym po brzegi tramwaju, wraz z zaskakującym finałem tej sennej przejażdżki, nastąpiła niewypowiedziana panika. Tłum ludzi stojących nieopodal niefortunnej pary, rzucił się otwierać oporne tramwajowe szybki, a reszta, nie do końca zdająca sobie sprawę z nagłego zapachowego dyskomfortu, poczęła się nerwowo oglądać w poszukiwaniu źródła zgnilizny, manifestując tym samym reszcie społeczeństwa zadziwienie z kategorii „ co złego, to nie ja„!  Na pierwszym przystanku, wpół uduszona desperacko wybiegłam na przystanek „ Basztowa LOT” i z niejaką zgrozą spojrzałam w kierunku odjeżdżającej piekielnej machiny, niosącej w swym wnętrzu odór wesołych pijaczków. I chociaż nie powinnam przyznawać się do tak niskich uczuć, jak mściwa satysfakcja, to właśnie ona przeważyła inne w momencie, kiedy zdałam sobie sprawę, że te przyklejone do szyb, zastygłe w niemym przerażeniu twarze, należą do tych „niezorientowanych”, którzy chyba wreszcie pojęli ów nagły desant na ostatnim przystanku…




Odrębną grupą zasługującą na publiczne potępienie są „woniejący” emeryci, ale jakkolwiek mogę zrozumieć niechęć do mydła i wody tych schorowanych i ledwo żyjących rachitycznych staruszków, tak dla wojujących o miejsce, wypacykowanych „siatomiotów” litości mieć nie będę..
Skoro taka pani, przyobleczona w chyba z tonę ważące futro z jakiegoś ogoniastego nieszczęśnika, ma siłę je dźwigać na swoim „schorowanym” grzbiecie, to czy aż taki problem stanowi codzienna, podstawowa higiena ?To tak mało, a tak wiele, kiedy wisi się nad rzeczoną matroną w dusznym autobusie.
Nie raz, nie dwa spotkałam się z taką wymalowaną niczym nieboskie stworzenie, przepełnioną pretensjami do całego świata, wszechświata i zaświatów, pseudo-elegancką damą, której piękne pierścienie i pomarańczowa, obowiązkowo zahaczająca o zęby szminka oraz hektolitry luksusowych perfum rodem z Paryża, nie były w stanie przyćmić odoru niemytego ciała.
Przeważnie te najbardziej krewkie panie o aspiracjach hrabiny największe mają też pretensje co do lokalizacji  przyszłego siedziska (w ich mniemaniu- tronu). Nic to, że cały pojazd jest aktualnie pusty, ale taka pani przecież ma własne, dożywotnio wykupione miejsce, które przeważnie właśnie jej zajęliśmy. I to uprawnia taką sympatyczną damę, aby na nas nakrzyczeć i najlepiej przesunąć nas (przy okazji lekko nas zaczadzając, co byśmy się zbytnio nie wyrywali) w ustronne miejsce...

Zbliża się lato i  stan ilościowy tych podróżo-umilaczy niestety wciąż będzie się zwiększał, a co za tym idzie, nam nieszczęsnym, skazanym na te codzienne z(g)nojem przepełnione tułaczki, nie pozostaje nic innego jak zakupić odpowiedni zestaw prewencyjny - maski gazowe, bądź w ramach akcji :„uczyń drugiemu co Tobie niemiłe” -zaprzestać higieny osobistej…
Wybór pozostawiam sumieniu każdego z nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz